taras

Kiedy wychodzisz na taras i nagle nie ma już dachu nad głową, tylko niebo i wiatr, to dopiero czujesz, ile naprawdę masz miejsca. Duży taras to nie przedłużenie salonu, tylko osobny pokój pod gołym niebem. Kto raz spróbował, ten już wie, że mały balkon to tylko namiastka.

Drewno wciąż wygrywa, ale już niekoniecznie egzotyczne deski z drugiego końca świata. Lipa, modrzew, sosna termowana – nasze, rodzime gatunki po obróbce cieplnej potrafią wyglądać jak bangkirai, a przy okazji nie pękają po dwóch sezonach. Najładniejsze są te, które ktoś położył na legarach z lekkim spadkiem, żeby woda sama spływała, i zostawił między deskami szczelinę dokładnie 5 mm – tyle wystarczy, żeby nie skrzypiały i żeby nie zbierała się tam woda.

Kamień też ma swoje miejsce. Wielkie płyty z piaskowca albo trawertynu, pocięte na nieregularne kawałki, układane jakby ktoś rozsypał je przypadkiem – to może wyglądać lepiej niż idealne kwadraty. Pod spodem drenaż z grubego żwiru i geowłóknina, bo inaczej po pierwszej zimie wszystko się wybrzuszy.

Są tacy, co kładą płyty betonowe imitujące drewno albo stary kamień. Z daleka nie widać różnicy, a z bliska już tak, ale jak się je dobrze zaimpregnuje i rzuci na nie trochę mchu z lasu, to po roku nawet sąsiad przestaje pytać, czy to prawdziwe.

Rośliny na dużym tarasie to osobny rozdział. Nie chodzi o to, żeby zastawić wszystko donicami. Lepiej kilka dużych okazów niż sto małych. Oliwnik wąskolistny w wielkiej drewnianej skrzyni, obok niego trawy – miskanty albo imperata cylindrica „Red Baron”, która jesienią płonie czerwienią. Pod spodem runo z barwinka albo pachnotki – coś, co samo się rozłazi i nie wymaga ciągłego podlewania.

Kto ma naprawdę dużo miejsca, ten może zrobić zieloną ścianę na jednej ze ścian domu. Nie żadne plastikowe maty z B&Q, tylko porządny system z kieszeniami, w których rosną paprocie, bluszcze i hosty. Podlewanie kroplowe schowane w rynnach, raz na tydzień włączasz i zapominasz.

RE/MAX

Oświetlenie wieczorem decyduje, czy taras żyje tylko latem do 21, czy do północy w listopadzie też się chce tam siedzieć. Najlepsze są lampy na niskim napięciu, wpuszczane w podłogę albo w stopnie schodów – dają poświatę, a nie oślepiają. Do tego kilka kinkietów na ścianie z żarówkami 2700 K, czyli ciepłe światło, takie jak kiedyś w żarówkach 60 W. Jak jeszcze dorzucisz kilka latarni naftowych albo pochodni bambusowych z olejem citronella, to komary trzymają się z daleka, a atmosfera robi się jakbyś był gdzieś na Krecie.

Meble? Na przykład taki zestaw: solidny stół z litego dębu, który waży tyle, że wiatr go nie ruszy, i kilka krzeseł, które nie są do siebie identyczne. Jedno z żelaza, drugie z drewna tekowego, trzecie zwykłe składane, ale pomalowane na czarno.

Jest coś jeszcze – woda. Nawet mały zbiornik, byle z cyrkulacją i kilkoma liliami wodnymi, zmienia wszystko. Dźwięk pluskającej pompy działa lepiej niż spotify z szumem deszczu. Jak ktoś ma miejsce, to może zrobić wąski kanalik, który płynie wzdłuż całej długości tarasu i znika w kratce. Dzieciaki będą ganiać patykiem łódki, dorośli nagle zaczynają rozmawiać wolniej.

Zadaszenie nie musi oznaczać ciężkiej pergoli z poliwęglanem. Czasem wystarczy stalowa konstrukcja malowana na czarno i kilka żagli przeciwsłonecznych, które można zwinąć, kiedy chce się słońca. Albo bluszcz posadzony u podstawy, który po pięciu latach sam zrobi zielony dach.

Podłoga ogrzewana na tarasie? Tak, to już nie fanaberia. Pod płytami albo deskami układają maty grzewcze na 24 V, podłączone do tego samego obwodu co oświetlenie. Jak przyjdzie październikowy wieczór i 8 stopni, włączasz na pół godziny i nagle możesz siedzieć w koszuli.

Są tarasy, na których ludzie stawiają piece chlebowe albo wędzarnie. Nie każdy musi, ale jak już stoi gliniany piec z prawdziwego zdarzenia, to nagle w sobotni wieczór wszyscy znajomi wiedzą, gdzie się spotykać. Pizza na cieście 72-godzinnym, podpiekana w 400 stopniach, smakuje inaczej niż z dostawy.

Zimą duży taras nie musi umierać. Jak się zostawi kilka iglaków w donicach i dorzuci lampki choinkowe na sznurze 50 metrów, to nagle masz dodatkowe pomieszczenie. Są tacy, co stawiają tam namiot typu „bell tent” z piecykiem na drewno – i mają pokój gościnny pod gwiazdami.